Krwawy południk – Cormac McCarthy

Cormac (dla znajomych Czarli) McCarthy (1933) to podobno skryty gościu. Rzekomo nie rozmawia z czytelnikami. Cóż, dla mnie każdy pisarz jest skryty, bo z żadnym nie rozmawiałem, więc jakoś nie jest to dla mnie niecodziennym zjawiskiem. Z drugiej strony, patrząc na jego styl pisania i obieraną tematykę, to może i lepiej, bo bardzo prawdopodobne, że przygnębiłby on każdego rozmówcę nawet podczas pogawędki o pogodzie – dyżurnym zagadnieniu, gdy brak innych tematów. Lektura poetycko klimatycznej „Drogi”, mimo obficie zachwycających się nią recenzentów, nie urwała mi jakoś szczególnie dupy. Tematyka nie moja, pole do popisu wąskie. Jako nowelka się sprawdza, ale nic więcej. Z utęsknieniem natomiast oczekiwałem na polskie wydanie powieści okrzykniętej jedną z najważniejszych pozycji XX wieku w amerykańskiej literaturze i największym osiągnięciem McCarthy’ego jako pisarza. Slogany sloganami, nie one zwróciły moja uwagę, bo jestem na to zbyt alternatywny. To, co mnie przyciągnęło, to nic innego jak tematyka Dzikiego Zachodu. Och, jakie to dziecinne i obciachowe, pomyślisz. Zamaskowani bandyci napadający na dyliżanse, Indianie z tomahawkami krzyczący „ułułułułu”, ogniste rumaki mknące przez prerię, pojedynki rewolwerowców w samo południe, szeryf z błyszczącą gwiazdą na kamizelce trzymający pieczę nad bezpieczeństwem i sprawiedliwością, napady na jedyny bank w miasteczku, strzelaniny, pokerowe pojedynki w saloonie z charakterystycznymi, rozchylanymi „drzwiami” i tańczącymi na podeście kankana ciziami, Johnem Waynem i Clintem Eastwoodem obsadzonych w głównych rolach. Czujesz się zainteresowany? Nieistotne, bo musisz na nowo zrewidować swoje wyobrażenie wszystkiego, co wiesz o Dzikim Zachodzie. A „Krwawy południk” Ci w tym brutalnie pomoże.

McCarthy w okolicach 1985 roku

Czekałem na taką lekturę. Powieść bezlitośnie obdzierającą z heroizmu gatunek westernu. Powieść miażdżącą swoją dosadnością, cholernie mroczną, śmierdzącą zgnilizną, pobudzającą w czytelniku wdzięczność, że ten okres historyczny świat ma już za sobą. McCarthy nakreślił krajobraz Dzikiego Zachodu przepełnionego przepięknymi widokówkami, ozdobionego ujmującymi zjawiskami natury, fauny, flory i anomaliami pogodowymi, ale w tym poetycko natchnionym otoczeniu nie ma absolutnie miejsca dla moralnych i sprawiedliwych. To brutalny, dekadencki świat, bezpośrednio i z obojętnym wzruszeniem ramion traktujący przemoc, nagradzający nikczemników oraz spluwający na gnijące zwłoki cnotliwych i prawych.

Początkowo ma się wrażenie, że głównym bohaterem powieści jest bezimienny „Dzieciak” (nie wiem czy to norma z tą bezimiennością u McCarthy’ego, ale chyba to lubi), uciekinier z domu, uciekinier od wiecznie wylakierowanego w trupka ojca. Nie sposób mu odmówić głównej roli, bo to jego historia drogi, ale na pewno nie jest najbardziej charakterystycznym i zapadającym w pamięć bohaterem z palety postaci. Pojęcie „bohaterem” jest w tym przypadku o tyle niefortunne, że w całej powieści trudno znaleźć choćby jedną figurę, która byłaby na tyle przyzwoita i godziwa, aby zasłużyć z przymrużeniem obu oczu na to miano. Trudno im też wywalczyć sympatię bądź fascynację czytelnika. Dzieciak, po paru bardziej lub mniej krwawych ekscesach, trafia do grupy nieogolonych najemników Johna Glantona, samozwańczych łowców skalpów, bandy awanturników i szubrawców, gdzie każdy z osobna jest na wskroś zły, okryty mroczną aurą tajemnicy co do zamiarów, pobudek i motywacji. Autor nie kwapi się, by czytelnikowi nakreślić co postacie myślą, jakie mają cele i czy w ogóle doświadczają kiedykolwiek choćby namiastki poczucia empatii bądź litości. Przemawiają za nich czyny. Według ich filozofii skalp wcale nie musi pochodzić z głowy potomka Winnetou. Wystarczy, że ktoś ma głowę i skórę do zdjęcia. Indianin, biały, starzec, kobieta, dziecko – bez różnicy. Inna ich idea wyraża, że nie ma nic złego w  gwałcie na trupie – martwi mniej się bronią. Brak wyłożonego przez autora rysu psychologicznego bohaterów sprawia, że wydają się nam oni tym bardziej odlegli, nieludzcy, a ich postępowanie poraża swoim bestialskim bezsensem.

John Joel Glanton (1819–1851)

Co ciekawe, przywódca grupy, John Glanton to postać autentyczna (o czym dowiedziałem się po lekturze), rzeczywisty łowca skalpów, który wraz ze swoją grupą podkomendnych zapisał kilka krwawych i mało chlubnych linijek w historii Ameryki XIX wieku. Natomiast mam nadzieję, że postać Sędziego Holdena jest jedynie wymysłem McCarthy’ego. Naprawdę, lepiej dla ludzkości,  żeby on nigdy nie istniał. Pojęcie zwyrodniałego skurwysyna nabrało dzięki niemu  nowy, intensywny wymiar.

Aby uzmysłowić nam nieco zepsucie tego świata, Cormac nie zastosował w powieści klasycznego podziału na narrację i dialogi. Aby nie szukać daleko, podobnymi zabiegami posłuży się później Palahniuk choćby w „Rozbitku” i „Fight Club”. To pomaga fragmentami skołować czytelnika, upaprać go nieco syfem zawartym w treści, zaskoczyć. Początkowo czyta się to z lekkimi problemami, ale z czasem czytelnik przywyknie i doceni.
Powieść bezlitośnie gwałci infantylny obraz Dzikiego Zachodu, który serwują nam produkcje hollywoodzkie i spaghetti westerny. McCarthy nas nie oszczędza, zalewając bezwzględną historią mordów i trupów pośród błota, gryzącego w gardło kurzu, surowego mięsa, zapachu prochu, otulonych palącym słońcem skał, przykrytej plamkami much padliny, bezgłośnych błyskawic rozświetlających niebo, wpychającego się w każdy zakamarek przepoconego ubrania piachu, pożogi, krzykliwych kurew, powszedniego bezprawia, opuszczonych mieścin z bujającymi się w ciszy na krokwiach wisielcami, rozszarpujących ludzkie mięśnie kul, krwawych skalpów, dźwięcznego języka hiszpańskiego, szklanki whiskey i popiołu z dogasającego, opuszczonego ogniska. Właśnie zobrazowanie Dzikiego Zachodu jako źródła i fontanny pierwotnego, nagiego zła jest bardziej przemawiające do wyobraźni. Aż chce się zawołać wio! i zrobić patataj na wierzchowcu w kierunku zachodzącego, rdzawego słońca. Jak najdalej stąd.
Boleśnie krwawy ten południk. Sprawdź koniecznie, a ja czekam na już zapowiedzianego Strażnika sadu.

Lucky Luke i jego rumak Jolly Jumper - niestety bez epizodu w "Krwawym południku"
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s