Limes inferior – Janusz A. Zajdel

Jednym z ostatnich określeń, które użyłbym do opisu swojej osoby to „fan sci-fi”. Naprawdę. Miałbym spory zgrzyt, czy aby nie jest ze mnie większy fan wszelakich reklam środków przeciwbólowych w polskich mediach, niż sajens fikszyn. Nigdy jakoś szczególnie nie przemawiały do mojej wyobraźni wizje świata przyszłości, zazwyczaj mało optymistycznie nastawiające, a najczęściej dystopiczne. Nie żebym się spodziewał za kilkadziesiąt lat łąk pełnych kwiatów, błękitnego nieba i beztroski w sercu, z którą budziłbym się każdego słonecznego poranka, ale jakoś ciężko wypracować ten kompromis, by nie było zbyt mrocznie i zbyt landrynkowo zarazem. A może po prostu taki kompromis byłby nudny, nie wiem. Po jedną z najważniejszych, często określaną najlepszą powieść Zajdla (patrona każdego roku wręczanej nagrody w dziedzinie literatury fantastycznej) sięgałem bez jakichś szczególnych oczekiwań, bo w zasadzie trafiłem na nią przypadkiem podczas przeglądania półek księgarni. Przeczytałem ją zaskakująco (dla samego siebie) szybko, okazała się zaskakująco bliska wspomnianego kompromisu, a w związku z tym – zaskakująco dobra. Byłem nawet w pewnym sensie z siebie dumny, że książkę w klimatach sci-fi potrafię czytać z takim zaangażowaniem i zadowoleniem. Nie jest to co prawda przełomowa lektura w moim życiu, która sprawi, że od teraz zatopię się na dobre w fantastyce naukowej, ale wystarczy mi świadomość, że bez grymasów ją przeczytałem i nie uznałem za stratę czasu, a to już powód, by móc dumnie postawić ją na półce i być może kiedyś wrócić do lektury.

Ludność Argolandu pogrupowano na siedem klas. Klasa każdego mieszkańca zależy od jego poziomu inteligencji. Zerowa klasa to władza, szósta klasa to ciemnogród społeczny. Według klasy każdemu mieszkańcowi przyznawane są kolorowe punkty, substytut pieniędzy, od których zależy poziom życia. Przydział czerwonych punktów zapewnia minimum niezbędne do przeżycia z miesiąca na miesiąc. Punkty zielone pozwalają żyć na poziomie średnim, bez luksusów, ale też nie są przyznawane każdemu, bo dopiero średnia klasa zapewnia ich stały, miesięczny napływ. Za to punkty żółte… Punkty żółte to najwyższa waluta w Argolandzie, waluta pozwalająca na zakup największych dóbr, na życie w rozpuście i najwyższym piętrze wieżowca. Jednak punkty żółte co miesiąc otrzymują jedynie najwyższe klasy, te pracujące (zerowa, pierwsza i druga; dla pozostałych nie ma wolnych posad). Wszystko w ryzach trzyma system automatów, obsługiwany przy pomocy Klucza – swoistego dowodu osobistego, czytnika linii papilarnych, portfela, kalendarza, biletu i lokalizatora w jednym. W ogóle klawy gadżet. Niby niegłupio przemyślane. Bieda nie istnieje a motywacja do rozwoju intelektualnego jest, bo im wyższa klasa, tym większe profity. Ale choćby nie wiem jak bardzo uporządkowane to wszystko było, zawsze się znajdą persony mruczące „jebać system” i próbujące go obejść. W ten, nie do końca legalny światek  wspomnianych cwaniaków wchodzimy my – czytelnicy, poznając Sneera, „liftera”. Sneer posiada klasę czwartą, a w zasadzie posiada Klucz klasy czwartej, bo poziomem inteligencji sięga samego Zera. Nie odpowiada mu natomiast wizja siebie jako zerowca, co rano wstającego i zmuszanego do pracy, taki z niego obibok. W zamian udaje głupka i działa w szarej strefie, nielegalnie windując za punkty innych mieszkańców na wyższe klasy. Zapewnia mu to stały dochód żółtych punktów, bez zbędnego przepracowania. Lifting to tylko jedna z nielegalnych działalności, którą trudnią się co przebieglejsze jednostki. Kwitnie handel i wymiana punktami, kradzież Kluczy (czasami nawet wraz z ręką właściciela), jest też miejsce dla „downerów”, zapewniających swoim niskim poziomem inteligencji równie niską klasę dla takich jak Sneer. Wszystko to ładnie ze sobą koegzystuje, aż do czasu, gdy najwyraźniej ktoś z Administracji wpada na trop Sneera i jego ciemnych konszachtów.

Janusz we własnej osobie.

To wszystko może brzmieć nieco skomplikowanie, ale w rzeczywistości takie nie jest, to po prostu moja nieumiejętność i awersja do tłumaczenia fabuły i założeń książek. Oczywiście, najwygodniej przełożyć to sobie na realia peerelowskiej Polski, czyli kartek na luksusy, Pewexów, cinkciarzy, a także – niekoniecznie już tylko peerelowskiej, ale ogólnie – polityki i polityków wpychanych na wyższe szczeble dzięki koneksjom i „lifterom”. Pod tym względem przekaz jest uniwersalny, jedynie bezczelność z latami rośnie. Właśnie te elementy socjologiczne, tak bardzo nam bliskie i znane, w tak umiejętnie zawoalowany sposób przedstawione przez naszego Rodaka są najbardziej ujmujące w książce. Realia sci-fi schodzą na dalszy plan, tworząc niekoniecznie istotne tło dla wydarzeń powszechnych, doświadczonych jeśli nie empirycznie, to choćby z opowiadań najbliższych nam osób. I pewnie dlatego nie poczułem się rozczarowany lekturą powieści z tak dalekiej moim gustom półki literatury. Choć zgodzę się z recenzentem wewnętrznym „Iskier”, o którym mowa w posłowiu książki, że puenta i zakończenie niekoniecznie komponuje mi się z całością.
Ale przymknę oko, bo nie można mieć wszystkiego.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s