Cienka czerwona linia – James Jones

Z rezerwą startowałem do tej książki. Wiadomo, jak każdy mężczyzna z pokolenia nie doświadczonego okazją uczestniczenia w wojnie i obserwowania jej własnymi oczami, na które przy gwałtownych ruchach zsuwa się hełm, lubię przynajmniej wojnę pooglądać na ekranie, bądź o niej poczytać. Dlaczego więc z rezerwą? Otóż dlatego, że już trochę tego było. Po lekturze „Kompanii Braci”, czy też „Jarhead” zastanawiałem się, czy „Cienka czerwona linia” jest w stanie mnie czymś nie tyle zaskoczyć, co po prostu zainteresować. Zaskoczyła? Nie. Zainteresowała? W sumie tak. Jones, choć brał udział w operacjach na wyspie Guadalcanal i zapewne z powodzeniem mógłby w swoim teatrze zdarzeń wykorzystać autentyczne postaci, postanowił z góry poinformować czytelnika, że opisane wydarzenia są fikcyjne, tak samo jak ich uczestnicy. Dlaczego? Nie wiem, nie pytałem go. W zasadzie, czytając tę informację, poczułem się nieco zawiedziony, ale przeszło mi po kilkunastu stronach, bo uświadomiłem sobie, że założenia tej powieści nie dopuszczają możliwości, by była ściśle autentyczna. Treść bowiem traktuje nie tyle o strzelaniu, rzucaniu granatami i bezmyślnym czołganiu się w sięgającej pasa trawie. Istotą jest tutaj to, co siedzi w żołnierskiej głowie pod hełmem, a nie to, co się wokół tego hełmu dzieje. Jones postanowił przeanalizować wojnę pod kątem psychiki, akcję spychając na drugi plan, więc trudno, żeby szczycić się tutaj autentyzmem, wszak nie siedział on w głowie każdego kompana a opierał się jedynie na swoich domysłach, wyobrażeniach, obserwacjach. Nikt także nie powiedział, że jego umysł był niczym niezmącony, nie przekoloryzował i można bezgranicznie ufać jego opisom. Niewiadomych jest tutaj sporo, dlatego nie ma sensu rozprawiać, czy i na ile wydarzenia przedstawione w książce miały rzeczywiście miejsce. Skupmy się więc na aspekcie czysto psychologicznym i walce żołnierzy nie z Japończykami a z własnym umysłem niebezpiecznie czołgającym się pod ostrzałem w kierunku tytułowej cienkiej, czerwonej linii, oznaczającej granicę wytrzymałości mentalnej. Grunt, aby brnąć wzdłuż niej a nie w poprzek, bo powrót nie jest prawdopodobny.

Jones nie wysilił się przy wymyślaniu swoim fikcyjnym bohaterom nazwisk. Krótkie, proste do zapamiętania, najczęściej jednosylabowe nazwiska nie są może Himalajami wyobraźni, ale cała para poszła najwyraźniej na stworzenie ich posiadaczom rysu psychologicznego. I tak stykamy się zarówno z tchórzostwem, jak bohaterstwem często posuniętym do głupoty, brakiem wyobraźni, a co za tym idzie zachwianym poczuciem lęku. Mijamy w okopie żołnierza, który kryjąc się przed hukiem moździerzy myśli o waginie żony. Poznajemy cynicznego sierżanta, złorzeczącego ludziom stojącym u władzy oraz kapitana nade wszystko stawiającego bezpieczeństwo swoich podwładnych, przez co niewygodnego dla głównodowodzących. Mijamy żołnierza rozdartego między miłością do kompanii i nienawiścią do pułkownika wydającego jej ludziom bezmyślne rozkazy.  W bezpiecznej oddali, poza zasięgiem wrażej artylerii widzimy obserwującego pole walki sfrustrowanego oficera, od lat pomijanego przy awansie, przekładającego swoje ambicje ponad życie podkomendnych. Jesteśmy świadkami nieoficjalnej rywalizacji kilku żołnierzy o miano najodważniejszego, a z drugiej strony obawy innej grupki o to, który z nich zostanie  uznany największym tchórzem. Jesteśmy świadkami radzenia sobie wojaków z napięciem zarówno fizycznym (wymieniają się razami z błahych powodów, znęcają nad jeńcami), psychicznym (upijają się mieszanką soku grejpfrutowego z wodą po goleniu), seksualnym (zabawiają się homoseksualnie w namiotach). Rozstrzał charakterów oraz mentalności jest spory więc wzajemne stosunki między bohaterami są filarami powieści. Sklepieniem są natomiast jaźń jednostki. I na to należy się nastawić przystępując do czytania.

Lektura ma jednak kilka wad. Istotnych, które mnie osobiście wybijały dość często z transu, w który wpada się czasem podczas czytania. Ja rozumiem, że to książka traktująca o wojnie, na którą składają się poszczególne bitwy, ale momentami Jones najwyraźniej przesadził z opisami ich etapów. Ja na swoją wyobraźnię nie narzekam, ale chwilami, gdy autor bierze się za opisywanie terenu działania kompanii, ich posunięć, pozycji to jakoś momentami wymiękałem, starając się przejść jak najszybciej do następnego akapitu. Trochę konsekwencji zabrakło, bo skoro skupiamy się na sferze umysłowej, to po co ją przeplatać zbyt rozwlekłymi fragmentami namacalnej fizyczności, ukształtowania terenu, gdzie kto leży i kogo widzi? Rozbija to nieco konstrukcję powieści, bo autorowi nie wychodzą te elementy i są ciężkie do przyswojenia.
Dodatkowo, mam wrażenie, że autor nieco za miękko potraktował słownictwo. Co jak co, ale w armii ostatnią rzeczą na którą zwraca się uwagę, to słownictwo. Kurwy służą tam za przecinek, kropkę, chwilę do namysłu, wyrażenie zachwytu, smutku, przerażenia, zdenerwowania, prośbę i widelec do obiadu. Nie wiem, może w latach 40-tych zeszłego wieku nie było to tak powszechne, ale skoro dzisiaj wśród rozmów młodzieży na ławce jedna kurwa jeszcze nie zdąży przebrzmieć, a już gonią ją dwie następne, to po wojennej sieczce, pośród opisów wyprutych flaków wymagam też nieco więcej autentyzmu lingwistycznego. Tymczasem Jones w chwilach napięcia międzyludzkiego serwuje nam takie zwroty jak „spływaj!”, czy „zaraz mogę cię zlać!”. W ten sposób to się zwraca lektor w „Strażniku Teksasu”. Chyba że to kwestia przekładu, choć nie sądzę.
Pomijam już zagadnienie patosu płynącego z tej powieści, bo na to byłem przygotowany widząc okładkę, na której dumnie powiewa amerykańska flaga i gdyby ta okładka mogła mówić, to zapewne śpiewałaby The Star-Spangled Banner.

Jeśli ktoś szuka lektury z dogłębną analizą umysłu jej bohaterów to polecam

…Dostojewskiego.

„Cienka czerwona linia” jest poprawna, chwilami nawet wciągająca, ale ogólne wrażenie psują różne rozdźwięki i miejscowy brak konsekwencji. Jeśli ktoś potrzebuje na maturalny temat psychikę bohaterów w obliczu zagrożenia życia, to śmiało uderzać, bo tego tutaj nie brakuje i robi wrażenie. Jeśli ktoś chce po prostu poczytać o wojnie, to proponuję cokolwiek innego.
No i jest jeszcze ekranizacja, ale mnie osobiście porwała nawet słabiej niż powieść.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s