Droga – Cormac McCarthy

Nie trawię okładek książki, które nawiązują do jej ekranizacji. W jakiś przykry sposób ujmują one pola do popisu dla wyobraźni, narzucając nam ten jedyny słuszny obraz bohatera, czy bohaterów. Trochę się to nie kalkuluje z założeniami literatury, ale z marketingiem nie wygrasz i dupa blada. Ale może to jedynie problem mojej wrażliwej duszyczki. Dodatkowo nie jestem też fanem tematyki apokaliptycznej, destrukcji świata, zagłady ludzkości i kolesi z obfitą brodą. A to wszystko mamy w Drodze. Więc co mnie skłoniło do lektury? Siostrzenica wręczająca mi egzemplarz z komentarzem „musisz przeczytać”. Książka nie przeraża przepychem. Jest skromnie, oszczędnie w słowach, zwięźle, bezpośrednio. Bo i opisywać nie ma czego. Świat po bliżej nieokreślonej katastrofie, najprawdopodobniej spopielony serią pożarów, wyczerpane zapasy pożywienia, nic nie znaczące zaludnienie. I gdzieś w tym wszystkim mężczyzna, będący w tytułowej drodze, drodze w poszukiwaniu ciepła, jedzenia, butów, puszki Coca Coli. Mężczyzna w beznadziejnej walce o życie swoje i swojego syna, odwlekający jak najdłużej dzień, w którym najprawdopodobniej będzie musiał się poddać i spojrzeć synowi w oczy po raz ostatni.

Lektura w gruncie krótka, sloganowo „na dwa wieczory”, niezobowiązująca. Amerykanie oczywiście są zachwyceni, wręczają Pulitzera i kręcą film z Aragornem w roli głównej (przy okazji – całkiem niezły i wiernie zobrazowany). Natomiast ja nie jestem jakoś szczególnie zachwycony. Jest stylowo, to fakt, często poetycko, ale poza stylem, niczym ta książka nie zachwyca. Lekturę mam już za sobą od kilku tygodni, ochłonąłem, dałem jej czas na przetrawienie a nadal jakoś nie mam pomysłu, w czym mógłbym ją wyróżnić. Metaforyzm tytułowej drogi, którą przemierza w życiu każdy ojciec, aby swoje potomstwo usamodzielnić i w końcu wypuścić spod skrzydeł w bezwzględny świat z premedytacją pomijam, bo to już nawet w „Królu Lwie” było. Przygnębienie, które jest obligatoryjne w tego typu literaturze jakoś mnie nie dotknęło, akcji zabrakło, emocjonalnie skromnie, nieco schematów, ciekawych postaci z założenia brak. Popiół, zimno, głód, kanibalizm, cisza i pustka. Obiektywnie na to spoglądając, to chyba nie sposób w takich realiach i tematyce napisać coś zaskakującego, ukazać swój kunszt, bo pole do popisu jest zawężone niesamowicie. McCarthy’emu też się nie udało i nie przekonają mnie głosy zachwytu (szczególnie te z tyłu okładki; do nich zawsze należy podchodzić z rezerwą), bo nie tego szukam w literaturze. Natomiast autora w żadnym wypadku nie przekreślam, bo stylowo było na tyle interesująco, że tym bardziej ciekawy jestem „Krwawego południka”, który już niedługo ukaże się w polskim przekładzie. Po prostu, w mojej opinii, z tego typu tematyki i założeń nie dało się wyciągnąć nic lepszego i wyszło zaledwie poprawnie. Rozpaczać nie mam zamiaru.

I tak, płakałem na „Królu Lwie”.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s