Życie Pi – Yann Martel

Mam takie zboczenie, że będąc w księgarni czasem mi odpierdala, zdaję się na impuls i instynkt, po czym nabywam jakąś książkę, której nabyć jeszcze 5 minut temu nie miałem zamiaru. Trafiam na nią na półce, przeglądam tył okładki i pyk, biorę, tak jakbym był obrzydliwie bogaty i koło pyty mi latało, że niewiele o niej wiem. Tak też było oczywiście w przypadku Życia Pi, bo sami powiedzcie, czy z założenia fabuła nie brzmi intrygująco (o tym za chwilę)? Ba, brzmi nawet nieprawdopodobnie, choć podobno oparta jest na faktach. Nawet ekranizacja się jakaś kręci. O co cały rwetes? Już mówię.

Ta historia wg bohatera ma sprawić, że autor uwierzy w Boga. Domyślnie, w Boga miałby uwierzyć także czytelnik. Natomiast ja się zastanawiam, kto, jeśli nie Bóg, zesłał bohatera do szalupy gdzieś na środku oceanu, dorzucając mu do towarzystwa kilka dzikich zwierząt, w tym tygrysa bengalskiego. A potem, przez ponad pół roku obserwuje jak nastolatek usycha z głodu i pragnienia. Ale to dopiero w drugiej części książki. W pierwszej jesteśmy uraczeni mało wystrzałową historią życia Pi, próbującego odnaleźć swoje miejsce w naturze i społeczeństwie. A to nie jest łatwe, gdy ma się imię pochodzące od nazwy basenu publicznego. Historią w sumie do bólu banalną, okraszoną za to ciekawymi faktami z życia fauny, które nieco ratują te fragmenty. No, ale jakoś bohatera trzeba było wprowadzić i przedstawić, więc uznam to za zło konieczne. Potem, na szczęście jest już tylko lepiej. Opis walki o przetrwanie, ujarzmiania tygrysa, czy nawet spożywania jego odchodów czyta się przyjemnie (o ile można tak określić fragmenty z kałem) i z zainteresowaniem. Całość promieniuje optymizmem i chyba to miałoby przekonać czytelnika do bezwzględnej wiary w Boga. Cóż, w moim przypadku to się nie udało, ale przyznaję, że lektura mile łechce swoją przygodowością. No i końcówka zbija z tropu.

Advertisements

2 uwagi do wpisu “Życie Pi – Yann Martel

  1. Gall Anonim pisze:

    To może sięgnę do nie raz jeszcze, dostałam ją kiedyś w formie spadku, ktoś uszczuplał bilbliotekę, przeczytałam kilkadziesiąt stron i dalej nie miałam już sił.

    1. Jeśli dobrze pamiętam, kilkadziesiąt stron znaczy tyle, co nic, bo powieść nabiera kolorów dopiero gdy Pi trafia do szalupy ratunkowej. Tam tkwi jej siła w opowiadaniu absorbującej historii. Cała reszta i otoczka „przed” jest raczej przeciętna i nie zapada szczególnie w pamięć.
      PS Powyższa „recenzja” jest żałosna, to raczej kilka luźnych myśli, ale nie mogę udawać, że ona nigdy nie istniała ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s