Pan Lodowego Ogrodu (tomy 1-3) – Jarosław Grzędowicz

okladka-640Do polskiej fantastyki mam uczucia dosyć ambiwalentne, bo w pewnym sensie przeraża mnie nawał publikacji z tej kategorii wyrzygiwanych co miesiąc. Prym tutaj wiedzie Fabryka Słów, która chyba za cel istnienia obrała sobie wydanie każdego, nawet całkowicie nieczytalnego szamba z metką „fantastyka”, bądź „sci-fi”, dla niepoznaki opakowując to w oczojebne, zawierające wszystkie kolory tęczy okładki (choć przyznam, że niektóre są niezłe).  Czasami mam wrażenie, że każdy początkujący pisarz chwyta się za fantastykę. Nie wiem, może to dlatego, że łatwiej w niej wytłumaczyć nieścisłości logiczne, niesamowite zbiegi okoliczności i inne braki, bo przecież „to tylko fantastyka i w świecie, który wymyśliłem, takie rzeczy są możliwe”. Trochę to wygodne. Mimo to, co jakiś czas chętnie wbijam się w fantastyczne światy stworzone przez naszych rodaków, bo to w zasadzie jedyne, co od nich czytam. Największy problem z polską literaturą to fakt, że nie ma tutaj jakiegoś sita odcedzającego z grubsza szmirę od poprawnie napisanej książki. W Polsce nikt nie wyda słabej powieści nieznanego rosyjskiego pisarza, natomiast słabą powieść polskiego pisarza owszem. Nigdy nie ma w takim przypadku pewności, że ktokolwiek, pomijając samego autora, przeczytał tę książkę. Ktoś, kto by mu powiedział „ej, niezłe gówno żeś napisał, serio chcesz to wydrukować?”. Książkę spoza naszej granicy przeczytał zawsze przynajmniej tłumacz. A to już coś.
No dobra, wystarczy tego jadu, bo oto mamy do czynienia z powieścią przynajmniej poprawną. Zapraszam do Lodowego Ogrodu.

Grzędowicz do przewidujących nie należy. Książka, która miała w początkowym założeniu autora zmieścić się w jednym tomie, najpierw została rozbita na dwa tomy, aby po ich ukończeniu okazało się, że niezbędny będzie trzeci tom. Po ukazaniu się trzeciego tomu w listopadzie 2009 wyszło jednak, że będzie czwarty. Nie mi oceniać te sprytne posunięcia marketingowe.
Faktem natomiast jest, że Grzędowiczowi udało się stworzyć przyjemną mieszankę fantasy i sci-fi, bo choć tego drugiego z zasady nie znoszę (laserki, kosmici, statki kosmiczne i inne takie; „Gwiezdnych Wojen” do dziś nie obejrzałem – serio, są tacy ludzie), tak tutaj jakoś bez skrzywienia przełknąłem te elementy.
Vuko Drakkainen zostaje wysłany z samotną misją na obcą planetę, bliźniaczo podobną do naszej, jedynie jakby cofniętej w rozwoju (a raczej młodej i nierozwiniętej). Ma za zadanie odnaleźć i ewakuować członków ziemskiej ekipy badawczej, o której słuch zaginął. Jak to zazwyczaj bywa, prosta misja mocno się komplikuje, Vuko gmatwa się w głębszą przygodę, próbując jednocześnie nie ingerować w cywilizację planety i ukryć swoje pochodzenie.
Mamy tutaj do czynienia z klasycznym motywem wędrówki. Vuko podróżuje od osady do osady, tropiąc zaginionych naukowców, napierdalając się z fantastycznymi potworami i gęsto przeklinając. Z wulgaryzmami też jest zabawna sprawa, bo Drakkainen, z pochodzenia częściowo Fin, częściowo Chorwat, a częściowo Polak, klnie tylko po fińsku i chorwacku. Komuś najwyraźniej zabrakło jaj.

Krajobraz, fauna i flora rodem z fantasy krzyżuje się z elementami sci-fi, których głównym dostarczycielem jest tutaj naszprycowany elektroniką i nanomaszynami Vuko (dopalacz adrenaliny, noktowizja, słuch Supermena).
Tymczasem, gdzieś na tej planecie dojrzewa przyszły władca jednego z krajów. Jego wątek jest swoistą odskocznią od wypełnionej akcją misji Drakkainena i raczej stara się wyciszyć narrację i wprowadzić w lekturę nieco zadumy. Przynajmniej do czasu.
Momentami brakuje w całości jakiegoś twista (koniec pierwszego tomu daje w tym względzie radę), pogmatwania fabuły i czegoś bardziej wyszukanego, czegoś co głębiej zachwyci i zaskoczy czytelnika, tak jakby Grzędowiczowi zabrakło wyobraźni w kwestii fabularnej, bo krajobrazowo i opisowo to potrafi się popisać. Przewidywalnie jest, no.

To dobra polska fantastyka, doceniona już przez wielu i choć nie podzielam ich absolutnego entuzjazmu, to jednak doceniam kunszt liryczny autora, jego znój przy tworzeniu postaci (rzucający żartami w obliczu śmierci Vuko jednak wydaje się nieco przerysowany) i scenerii.

No, ale jak dwa lata się tworzy jeden tom (regularne odstępy między nimi), to można i powinno się go dopracować (Pratchett rocznie pisze dwie książki, Dukaj dwa lata pisał „Lód”, na którego stronach zmieściłyby się trzy tomy „Pana Lodowego Ogrodu”; Grzędowiczowi najwyraźniej brakuje takiej swobody, albo wolnego czasu).
Przyjemna lektura, jednak bez rewelacji. Tym bardziej, że na zakończenie historii będziemy musieli poczekać pewnie do końca 2011 roku.
W porządku, w tym przypadku mogę poczekać cierpliwie.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Pan Lodowego Ogrodu (tomy 1-3) – Jarosław Grzędowicz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s