Piotruś Pan – James M. Barrie

Bajka o Piotrusiu Panie zawsze działała na mnie w jakiś szczególny sposób. Już za czasów posiadania konsoli Pegasus grałem namiętnie w grę opartą na jego przygodach i pomimo faktu, iż była paściarska, irytująca i nieprzemyślana w założeniu, mnie wciągnęła jak bagno. Baśń o chłopcu, który nigdy nie chciał dorosnąć ma w sobie jakiś niesprecyzowany mrok, ukryty pod kolorową Nibylandią, piratami, małymi wróżkami leśnymi i latającymi bękartami. Coś nieokreślonego i wyraźnie odmiennego od całej bajkowej otoczki. Coś podobnego doświadczyłem, gdy starsza siostra czytała mi Królową Śniegu Hansa Christiana Andersena. Coś, co nie pozwala Piotrusia określić jednoznacznie postacią pozytywną. Być może to właśnie to nieustannie przyciąga mnie do tej baśni, a być może po prostu ja sam cierpię na syndrom Piotrusia Pana i to właśnie on, a nie papież, nie czarny Majkel Dżordan, nie posiadacz największej liczby znajomych na naszej-klasie, nawet nie doktor Dom, ale właśnie chłopiec w zielonym ubranku z liści jest moim największym autorytetem.

Założeń fabularnych chyba nie ma co tłumaczyć. Po pierwsze, praktycznie każdy się z tą bajką spotkał, po drugie, jak przystało na bajkę, są one raczej banalnie proste. Piotruś Pan jest trybutem dla dzieciństwa, nieograniczonej wyobraźni mu towarzyszącej (kto z nas nie bawił się zabawkami, ludzikami, lalkami, resorakami, posiłkując się właśnie wyobraźnią przy budowaniu scenerii do zabawy) i beztroski z niego płynącej. Tytułowy bohater jest tutaj głównym prowodyrem i zapalnikiem ciągu wydarzeń. To on praktycznie porywa Wendy i jej braci do Nibylandii, mamiąc ich baśniowym urokiem krainy. Piotruś Pan (jeśli ktoś jeszcze tego nie wie, to „Pan” nie odnosi się do faktu, że jest on panem i w ogóle dżentelmenem; chodzi o mitologicznego Pana, greckiego opiekuna lasu, u nas prędzej kojarzonym z jego greckim odpowiednikiem – Faunem) jest pyszny, bezczelny, często wspomina o zabijaniu, piętnuje dorosłych i ma swoje humory. Miły, radosny i dobroduszny bez powodu staje się opryskliwy, mściwy i niepokojąco reagujący, aby po chwili znów stać się sympatycznym dzieckiem, uwielbiającym latanie. Ta zmienna natura Piotrusia rzuca niespokojny cień nawet na dorosłego czytelnika.

Barrie tworzy opowieść, tak jak należy – zwracając się często bezpośrednio do czytelnika, nawiązując z nim więź, zajmując go i nie pozwalając na jedynie bierne słuchanie (brawa za naprawdę zabawne wprowadzenie do powieści Nany). To pomaga, bo baśń należy do kategorii tych sennych, marzycielskich i wyciszających, gdyż taki też był jej autor (przynajmniej wg „Marzyciela” – biograficznego filmu o powstawaniu Piotrusia Pana).
Moje wydanie, poza tym, że nie mieści się na półce, jest dokładnym odwzorowaniem wydania z 1931 roku. Jedyne co w nim irytuje to bezmyślnie rozmieszczone ilustracje. W związku z tym, jeszcze przed rozpoczęciem lektury widzimy na ilustracji w jaki sposób zginie Kapitan Hak. Gratulacje <klap… klap>.
Piotruś Pan znudzi tych, którzy nie mają ochoty przebijać się przez dosłowność, traktujących tę powieść jak kolejny odcinek Reksia, czy Bolka i Lolka, gdzie nie dano wyobraźni miejsca na popis. Mnie oczarował i na wszelakie odniesienia do niego reaguję z sentymentem pomieszanym z dziwnym niepokojem.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s