Panowie i damy – Terry Pratchett

panowie i damyNie ukrywam, że uwielbiam cykl Świata Dysku, który jest dla mnie idealną satyrą na wszystkie elementy życia codziennego. Pratchett stworzył coś na tyle trafnego i podatnego na rozwój, że przez ponad trzydzieści tomów nie zabrakło mu pomysłów ani weny twórczej na kontynuowanie i rozszerzanie uniwersum.
Nie od dziś wiadomo także, że seria jest podzielona na cykle, w zależności od bohaterów, którzy grają „pierwsze skrzypce”, a przyznać muszę, że cykl o czarownicach jest tym najmniej entuzjastycznie mnie nastrajającym. Przy większości tomów z wiedźmami miałem wrażenie „tego samego, w innej scenerii”. Cykl o czarownicach lubuje się w nawiązywaniu do twórczości Szekspira i może w tym tkwi mój problem z asymilacją, bo Anglik jakoś nigdy do mnie nie przemawiał swoimi Hamletami i innymi Makbetami. Taki już ze mnie gbur.

Tym razem Pratchett wziął na tapetę szekspirowski „Sen nocy letniej”, w związku z tym, tematyka będzie gratką dla wszystkich czterech fanów tego działa w Polsce. Nie ma sensu streszczać tutaj fabuły, bo to można przeczytać wszędzie, nawet na tyle okładki, wystarczy powiedzieć, że wiedźmy tym razem ścierają się ze złowrogimi elfami, panicznie unikającymi żelaza. Pomijając jednak już niewygodną tematykę, jedno się nie zmienia. Wciąż jest zabawnie. Doświadczymy tutaj mnóstwa zachwycających, urokliwie humorystycznych sytuacji, postaci i ich opisów (bryluje szczególnie krasnolud Casanunda – skojarzenie z Casanovą jak najbardziej na miejscu).
Czasem ciężko mi uwierzyć, gdy ktoś opisuje, że podczas lektury jakiejkolwiek książki/gazety „wybucha śmiechem”. I o ile zawsze mi się wydawało, że trzeba być do tego skaleczonym mentalnie, tak w przypadku Świata Dysku jestem w stanie w to uwierzyć. Sam wielokrotnie jako czytelnik mruczałem z uśmiechem do siebie z podziwem „jak można wpaść na taki opis?”. Przykład?

Starła kurz z lustra i przyjrzała się sobie krytycznie. Krytycyzm nie wymagał zresztą specjalnego wysiłku. Nieważne, co robiła z włosami, po trzech minutach znowu były splątane, jak ten gumowy wąż ogrodowy zostawiony w szopie*. Kupiła sobie nową zieloną suknię, ale to, co tak ładnie wyglądało na gipsowym manekinie, na niej przypominało złożony parasol.

* Choćby nie wiem jak starannie go zwijać, nocą i tak się rozwinie i oplącze razem kosiarkę do trawy z rowerami.

I choć całościowo tom nie zachwyca, to dla tych momentów warto przez niego przebrnąć (tak jak przez całą serię), bo nic nie odbierze satysfakcji z tego, że książka, która ma bawić… rzeczywiście bawi. A to niestety nie jest regułą, bo kilka razy się o tym przekonałem, męcząc się z lekturą określaną jako zabawna i humorystyczna, która mnie jedynie żenowała, serwując dowcipy i gagi rodem z Familiady. Choć zdaję sobie sprawę, że to kwestia gustu.

To już ostatni tom z głównej serii Świata Dysku, który mi przyszło przeczytać. Ponad trzydzieści książek tworzy barwne uniwersum, kreowane przez Terrego Pratchetta od ponad ćwierć wieku, najprawdopodobniej jego dzieło życia. W zadumę wpędza jedynie fakt, że sir Terry jakiś czas temu poinformował, iż cierpi na rzadką odmianę Alzheimera. W swoim stylu dodał, że „starczy mi jeszcze czasu na napisanie kilku książek”. No i git, bo po kilku najnowszych tomach (Panowie i damy są z 1992 roku) widzę, że forma rośnie.

Czekamy na „Unseen Academicals”.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s